No dobra – pierwsza część wspomnianego reżysera o polskim imieniu Paweł była jeszcze całkiem niezła. Takie nostalgiczne 6/10. Mila Jovovich (późniejsza żona Andersona) wyglądała jak bogini horroru, a parę scen przeszło do historii (vide rozczłonkowujący laser), sprawiając, że niektórzy fani pobrudzili bieliznę (nie krwią). Ale kolejne lata to już akcyjniaki, które kulały scenariuszowo, serwując coraz to bardziej absurdalne sekwencje i plastikowe efekty. Wciąż jednak były jakoś tam oglądalne, zwłaszcza w zestawieniu z „dziełami” Uwe Bolla. Co prawda, Niemiec nie zrobił (na szczęście) ekranizacji „Residenta”, lecz pokazał, że wiele znanych marek growych to dla niego łatwy kąsek, który widzowie nie są w stanie przełknąć, nawet jeśli jest odpowiednio doprawiony grozą.
Wracając do tematu tej recenzji, wydawało się, że wchodzenie ponownie do tej samej rzeki mija się z celem. Że zamiast rozgoszczenia się, na powitanie „Witajcie w Raccoon City” zareagujemy powtórnie szybką ewakuacją (tak, rzecz z 2021 r. była moim zdaniem gorsza niż wszystkie filmy Pawła wzięte do kupy). Ale nie! Wszak to Zach Cregger. To on odpowiada (też jako współscenarzysta) za „Resident Evil”, które ujrzało światło dzienne w roku 2026. Człowiek, który dał nam intrygujące, autorskie, dziwaczne gatunkowo, znakomicie oceniane „Zniknięcia”, a wcześniej zaskakujących „Barbarzyńców”. Jak dla mnie – reżysersko bez zarzutów, ale na poziomie opowieści sklejone trochę na ślinę, a nie klej super glue. O ile klimat w 90% działał, tak już dwie konwencje – horror/groteska gryzły się ze sobą w finale (szczególnie w „Zniknięciach”). W trzecim filmie Creggera aż takiego kontrastu nie ma. Style gatunkowe przenikają się dość płynnie, a jedynie co bardzo gryzie, to coś, co ludzkim nie nazwiesz.
Zach grał w gry. Zna je. Lubi. Dlatego wierzyłem, że potrafi w „adaptację”. Bałem się tylko właśnie o ten tonalny aspekt. Niepotrzebnie. Okej, ostatnie minuty zbytnio uderzyły w camp i slapstick, lecz większość scen z półtoragodzinnego filmu (metraż w sam raz, tempo nie siada) zdaje egzamin na piątkę albo czwórkę z plusem. Dobrze, że reżyser nie daje nam fabuły wyjętej dosłownie z którejś z odsłon serii (growej i filmowej). Takowe niezależne podejście do franczyzy pozwala na popuszczenie hamulców i nie stawiania żadnych przeszkód własnej wyobraźni, przy jednoczesnym szacunku dla oryginału i nie zapędzania się do wrzucania fanserwisu w każdym momencie.
Pisałem wyżej o przeszkodach. Cregger chyba ich nie miał. W trakcie seansu można było odnieść wrażenie, iż producenci rąk mu nie krępowali. Co innego Bryan – protagonista. Ten to dopiero musi pokonywać rzucane pod nogi kłody. Początkowo radzi sobie bez problemów. Jest dostawcą. Nie pizzy. Przywozi paczki do szpitala, objęte ważnym priorytetem. A to nerkę, a to serduszko. Tym razem jednak otrzymuje zlecenie dostarczenia Czegoś do „Szopowego Miasta”. Nieco dalej, ale co tam zima i brak łańcuchów na kołach. Grunt, że zarobi dodatkowe pieniądze. Narzeczona poczeka. A tatusiem Bryan jeszcze zdąży być. I tak rozpoczynają się przygody pechowego kuriera. A my – widzowie – coraz bardziej ściskamy za niego kciuki, widząc nieporadność (czemu kolejnej kłódki nie da się do cholery przestrzelić?!, jak się obsługuje ten diabelski karabin?!). Ziomal w wełnianej czapce stara się i już w pierwszych scenach udowadnia, że empatyczny z niego chłopak. Ja bym potrąconą kobietą, której twarz przeobraża się w zombie facjatę, a ręce żyją własnym życiem, do auta nie zabierał. Nazwijcie mnie zimnym draniem. Trudno.

Kadr z filmu "Resident Evil" (materiały prasowe/Sony Pictures)
Im dalej w las, tym ciemniej (straszniejsze stwory) i zabawniej (podobno w wersji testowej filmu humoru było tyle, że kręcono nosem). Choć śmiech wynika z poczynań bohatera, którego nie określimy herosem (żaden to Leon Kennedy). Duża tu zasługa samego aktora. Austin Abrams. Porównywany często do Timothée Chamaleta, nie ma jednak drażniącej maniery zblazowanego typa (przepraszam Timmy, nadal Cię uwielbiam w wielu rolach). Idealnie pasuje do fajtłapowatego kolesia, ale takiego mało irytującego, serio fajnego. Kamera podąża za nim w niemal każdej scenie. Zwykle za plecami, ale też kilka razy zamienia się w jego oczy (jak w grach FPP). To powoduje, że autor zdjęć (przyp. red. nasz utalentowany rodak – 70-letni Dariusz Wolski, etatowy współpracownik Ridleya Scotta) wspólnie z reżyserem mogą zaszaleć. I rzeczywiście, dodając też kolorystykę – biel i czerwień, informują, że oto nowe „Resident Evil” jest czymś więcej niż następnym, generycznym horrorem. Zdjęcia to jedno, ale atmosferę buduje również muzyka braci Holladay – analogowe brzmienia niepokoją, stawiają na nogi zmarłych…
Zmierzając do końca, nie jestem w pełni, tak na 100% usatysfakcjonowany. Podoba mi się igranie z oczekiwaniami zatwardziałych miłośników tego, co stworzył japoński Capcom (patrz postać Maxine). Bije brawa za konsekwentne trzymanie się obranej ścieżki. Jadę i idę wspólnie z kurierem medycznym, machając na lewo i prawo pakunkiem, bardziej zważając na to, by mi jakowaś maszkara jakaś łba nie urwała. Dostrzegam podobieństwa do horroru „Coś” i luźniejszego „Martwego Zła 2” czy „Critters”. Doświadczam tego, co Bryan. Jestem graczem, który został nagle znalazł się w grze, i już tak prosto pada w ręku nie dzierży, za to panikuje i komentuje powykręcaną rzeczywistość („god damn!”). Ale pragnę więcej – może nie easter eggów, a napięcia i nerwów, oraz sprawniejszego używania mózgu (nogi pal licho), i występów na drugim/trzecim planie trwających znacznie dłużej niż minuta.

Kadr z filmu "Resident Evil" (materiały prasowe/Sony Pictures)
Jako człowiek, który ogrywał „Resident Evil 2” (oryginał i remake), muszę jednak przyznać, że film Creggera to nie „korporacyjny byle jaki produkt”. To komedio-horror poważniejszy np. od „Zombieland”, bo nie brakuje w nim ukrytych metafor i wyraźnego dramatyzmu (choć to nie ten poziom, jak w wypadku tytułu „The Last of Us”, z narracyjnego punktu widzenia łatwiejszego do zekranizowania). I te obleśne kształty/metamorfozy, brr…
Umiejętność przeniesienia na duży ekran języka i mechaniki gry (gameplayu) z NPC-em w roli głównej zaliczona!
Ocena: 7,5/10
źródło: YouTube.com (Standardowa licencja)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję
Mogą Cię zainteresować odpowiedzi na te pytania lub zagadnienia:
Aragorn136
1 dni temu
Humor rozładowuje dramat, i dobrze. A Zach Cregger był współzałożycielem, głównym scenarzystą i aktorem w niezwykle popularnej amerykańskiej grupie komediowej The Whitest Kids UKnow, no i występował w programach satyrycznych. A zatem ma taki zrozumiały styl.
Dodaj opinię do tego komentarza