Dwóch kolesi z przeciwnych drużyn wychodzi na fajkę. Okej. W sumie to jeden, a drugi się przyłącza. Tak się poznają, a my (widzowie) ich. Introwertyk Shane Hollander i ekstrawertyk Ilya Rozanov. Kanadyjczyk i Rosjanin. Jak dwie strony tego samego medalu albo przyciągające się magnesy. Ale czy na pewno? Początkowo dostrzegamy, że nie, choć już wtedy zaczyna tlić się ogień wzajemnej fascynacji. Chłopaki nie zamierzają go jednak gasić… Choć muszą się ukrywać, tym bardziej że są u szczytu kariery. Bo to hokej. Brutalny. Męski przez wielkie M. Nie ma tam miejsca na kruchość i „gejozę”, nawet w czasach obecnych, gdyż „gwiazda może łatwo zgasnąć”. A czy to „jutro” się zmieni, śmiem wątpić. Serial poza jedną piękną, dodającą odwagi innym sportowcom, sceną, „nie wchodzi za głęboko” w te kwestie. Zagląda za to w miejsca bardzo intymne. Bez owijania w bawełnę – seksu jest tu sporo. Zbliżenia na gołe pośladki, mokre torsy, twarz, usta, oczy – niby soft, a nie hard, lecz i tak pruderyjne osoby oraz (a raczej przede wszystkim) zatwardziali heterycy zaprotestują! Albo po po prostu przeskoczą te sceny.

Kadr z serialu "Gorąca rywalizacja" (materiały prasowe/HBO Max/Warner Bros. Discovery)
Co ciekawe, zanim „Heated Rivalry” otrzymało polski tytuł i było dostępne na HBO Max, najpierw zadebiutowało w kanadyjskim serwisie streamingowym. Tylko Crave otworzył swe ramiona i przytulił ten nie tyle serial, a właściwie miniserial (złożony z 6 odcinków). W USA showrunner Jacob Tierney odbijał się od stalowej ściany. „Proszę pana, może i wyprodukujemy, i wyświetlimy, ale niech pan wykreśli Te momenty, po co ich tyle, niech będą dopiero w trzecim odcinku”. Jacob – kanadyjski aktor, reżyser, scenarzysta i producent, wcześniej dość znany jako twórca i reżyser sitcomu „Letterkenny” (u nas w Polsce mało popularnego) nie ugiął się. Nie chciał niczego wycinać ze scenariusza. Z jednej strony dobrze! Z drugiej – hmm… Zadowolona jest pisarka Rachel Reid – „Gorąca rywalizacja” powstała na podstawie jej bestsellerowej powieści, a konkretniej drugiego tomu serii „Game Changer”. Nie wiem, czy to ona wymyśliła, że w centrum ma być pociąg fizyczny. Jeśli tak, to kobietę delikatnie poniosła fantazja. Skupienie się na wyrzeźbionych i spoconych ciałach, a nie tym, co „siedzi w głowie bohaterów”, nie pomaga, a szkodzi serialowi (i sprawia, że zwykli faceci wpadają w kompleksy). Podobnie przyporządkowanie gatunkowe – melodramat sportowy. Przecież to erotyczny harlequin, w którym rywalizacja na lodowisku nie istnieje - są raptem konferencje prasowe, newsy i wstawki o tym, jaka drużyna zwyciężyła. Wszyscy „śpiący na kasie”, tacy ładni, umięśnieni (okej, to akurat realistyczne, wszak mamy do czynienia z młodymi hokeistami, ale czy ten barista też musi tak wyglądać?). A ja chcę dramat! Oraz jakieś potężne napięcie – że kumpel z szatni się dowie i nakryje, że oni ze sobą „coś teges”. Eee… Ważne, że jest bezproblemowe, czyste bzykanie, i umawianie się w SMS-ach na nie („czekam na Ciebie w pokoju nr …”). Rozumiem, że Shane oraz Ilya mają dopiero po 17/18 lat, lecz po 8/9 latach przelotnej znajomości (spotkań na wyjazdach) nadal nie zachowują się – szczególnie przebojowy Rosjanin, dojrzalej. Romansują? Miłości brak. Seks rządzi!
Ale, ale! Nadciąga finałowy epizod, a w nim… orgazm? Też. Lecz coś jeszcze. Nareszcie buzuje chemia i można kibicować, ponieważ wierzę, że łączy ich uczucie, mimo że ten gej (żadna aktoreczka/przykrywka tego nie zmieni), a tamten bi, i są bardzo różni pod względem charakteru. I wtedy można odpocząć od chwilami zbyt szybkiego tempa (tablic z kolejnym rokiem, nie dynamicznych sekwencji z kijami). Jest dobrze, zaskakująco (sceny z rodzicami). A kiedy panowie odjeżdżają autem i wchodzą napisy końcowe, mówię: „było jednak warto, czekam, co dalej (bo na pewno będzie jakieś dalej)”. Żeby tylko nieco więcej pazura (choć i ten drapał), a mniej opery mydlanej, Jacobie! Niech ten sympatyczny Shane żyje i nie będzie tak przeraźliwie nudny, pomimo takiego typu osobowości! I niech robi też z Ilyą (którego dopiero polubię) jakieś rzeczy poza-łóżkowe. Np. rozmawia w taki sposób, żeby „wypluwać więcej słów”. I dawać boiskowe walki, kto pierwszy strzeli gola, i będzie ciekawiej niż wzajemne „ścieranie się”! No i konsekwencję wyjścia z szafy.

Kadr z serialu "Gorąca rywalizacja" (materiały prasowe/HBO Max/Warner Bros. Discovery)

Kadr z serialu "Gorąca rywalizacja" (materiały prasowe/HBO Max/Warner Bros. Discovery)
A więc jak oceniam „Gorącą rywalizację”. Szczerze? Kamera nie szaleje, szkoda. Kolory są niczym z telewizyjnego tasiemca – cieplutkie, spoczko. Hitowej muzy nie słyszę. Iskrzy między mną a bohaterami rzadko. Shane jest za miły i grzeczny. Ilya zbyt dupkowaty, co akurat ma uzasadnienie. I nie chodzi tylko o narodowość (zła, homofobiczna Rosja), ale także o fakt, z jakiej rodziny pochodzi. Tatuś to odznaczony wojskowy z demencją, mama nie żyje. Jednak jest jeszcze starszy brat, który wyciąga łapę po forsę. Niestety, wszystko to jest „ledwo liźnięte”. Epizod trzeci – najsłabszy – to kwintesencja miłości od pierwszego wejrzenia, ale w całości poświęcony... nie naszej parze, a Scottowi Hunterowi (bardziej doświadczonemu hokeiście, kapitanowi) i bariście (tak, to ten umięśniony), który świata poza nim nie widzi. Ot typowy dla opowieści queerowej romantyczny wątek (tu zaczerpnięty z osobnej książki wspomnianej pisarki), mający jednak punkt zwrotny.
Ale wiecie co? Casting! Tierney miał oko. Wiedział, kogo zatrudnić. Nieopatrzone twarze. Hudson Williams jako Shane Hollander i Connor Storrie jako Ilya Rozanov „sprzedają” cierpienie… Wróć. Ambicję i popęd (cierpienia za wiele tu nie ma, to nie „Tajemnica Brokeback Mountain”). Portretują swoich bohaterów przekonująco. Głównie Connor, który gra tak, że nawet Rosjanie – oglądając w tajemnicy, bojąc się kary – uwierzyli, że jest on… Rosjaninem. Jego akcent jest doskonały, a przecież gość dorastał w… Teksasie. Co za talent (większy niż ostatniej scenie w filmie „Joker: Folie à Deux”)! Czy potrafi również grać w hokeja? Na to pytanie serial nie udziela odpowiedzi. Ale pokazuje na drugim planie także zdolnych ludzi. Nie mogę zarzucić komukolwiek, że wypadł nijako – no może poza… baristą (Xd). Uwielbiam np. aktorów wcielających się w rodziców Hollandera, który ma azjatyckie korzenie. Skądś ich kojarzę („The Good Doctor” „Kongo”). Williamsa, pomimo niemal 40 ról na koncie (ale w filmach krótkometrażowych i serialach telewizyjnych), wcale. A chłopak poradził sobie na piątkę!

Kadry z serialu "Gorąca rywalizacja" (materiały prasowe/HBO Max/Warner Bros. Discovery)
Zlepiając każdy atut i wadę, wychodzi na to, że całościowo jest nieźle z plusem. Serial nie odkrywa niczego, co nie zostało już przedstawione. Było już rozciągnięte na kilka sezonów, bardziej głębokie w wymowie społecznej, „Queer as Folk”. Nastoletnie zauroczenie lepiej działało w norweskim „Skam”, gdzie homoseksualistami byli koledzy z jednej szkoły. Mimo to „Heated Rivalry” jest... fajne.
PS Tak. Zazdroszczę jak Ci hokeiści/aktorzy wyglądają. I tak, nie przepadam za hokejem (choć jeden mecz w Kanadzie, na którym byłem, wspominam jako coś ciekawego). Ale uważam, że przynajmniej dwie dłuższe sceny, w trakcie których twardy krążek wielokrotnie wlatywałby do bramki, wyrównałyby nadmiar łóżkowych bara-bara.
PS 2 Recenzja pisania z perspektywy samotnego i sporo starszego od postaci w serialu geja.
Ocena: 6/10 (może 6,5/10)
źródło: YouTube.com (Standardowa licencja)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję