W Brudnym Mieście jesteś tylko marionetką… Tym zdaniem autorka zaprasza do zbudowanego przez siebie od podstaw świata. Wynika z niego, że przyjemnie i łatwo tu chyba (na pewno?) nie będzie, oj nie. Ale brzmi to tak kusząco, że nie sposób zaryzykować.
Wraz z kolejnymi stronami odkrywamy, że praca policjanta, a szczególnie tego początkującego, jest ciężkim kawałkiem chleba. Lecz tytułowy bohater jest przyzwyczajony do takiego stanu rzeczy. To typ faceta, na widok którego robi się w pomieszczeniu jeszcze bardziej duszno. Mimo sukcesów na koncie (czyt. rozwiązanych spraw), nie jest lubiany przez kolegów. Powód? Wystarczy spojrzeć na klimatyczną okładkę Oliwii Błaszczyk, aby potwierdzić, że – cytuję – „przez lata wzniósł wokół siebie mur z cynizmu i alkoholu, co skutecznie odstrasza każdego, kto próbował się do niego zbliżyć”. Zapijaczona i nieogolona morda. Wymiętolona marynarka. Pozycja mówiąca: „nie chcę mi się wstać, mam swoje złote czasy za sobą”. W tle popękana szyba, przez którą ledwo próbują wpaść promienie słońca.

Okładka powieści "Detektyw w Brudnym Mieście" (fot. PJ)
Aż pewnego dnia na Główny wpada nagle Młoda Policjantka. Zafascynowana Detektywem. Może niekoniecznie fizjonomią (przynajmniej początkowo nie da się tego wydedukować), co błyskotliwym umysłem i wymieszaną z dymem papierosowym, unoszącą się nad głową legendarnego funkcjonariusza jak niewidzialna trucizna, aurą. On jej nie chce. W sensie jako partnerki. Działa sam, zawsze! Odpycha ją. A ona się nie poddaje. Nie po to była przeniesiona tu z innego posterunku, aby jej marzenie legło w gruzach. Czy się do niego zbliży na tyle blisko, że ów mężczyzna stanie się kimś więcej niż sporo starszym kumplem?
Zdradzę Wam jedno. Ich tworząca się relacja jest magnesem. Siłą tej powieści. Marta Mirowska wkłada tej parze do ust przekonujące, naprawdę ostre dialogi. Dorosły czytelnik musi uważać, aby się nie skaleczyć. Postać detektywa-(anty)bohatera pisarka wzoruje na tych najciekawszych, choć już dobrze znanych z kryminałów noir. Policjantka to natomiast przykład „fish out of water”. Wydaje się, że jest zagubiona w tym środowisku, wyobcowana (wygląda zewnętrzny też nie pomaga – jest niska, inni nad nią górują). Kiedy jednak zniknie następna młoda dziewczyna, okaże się że tylko wspólnie, chowając negatywne emocje do kieszeni, da się jakoś iść tropem porywacza. Ale jak rozwikłać zagadkę w mieście bezprawia, w którym tajemnica goni tajemnicę, a „pająki” (czyt. grupa trzymająca władzę) tkają gęstą sieć, grożąc utratą kariery… I to w momencie, gdy mrok i pożądanie „śpią na jednym łóżku”.

"Detektyw w Brudnym Mieście" - ilustracja wygenerowana przez AI (fot. PJ)
O największej zalecie książki już napisałem – związek typu mistrz i uczennica rozwija się tak, że jest się „przykutym kajdankami do łóżka”. A sama intryga? Cóż, także jest nieźle zaprezentowana, choć brakuje w niej perspektywy „demona”, tj. tego, który wyszykuje i uprowadza ofiary. Nie chodzi o to, by nakierować kim on jest, kim może być. Lecz o to, aby bardziej przestraszyć, wciąż budując odpowiednie napięcie. Jeszcze jeden albo dwa rozdziały załatwiłyby ów problem. Tak, Marta Mirowska to nie Thomas Harris. Przemilcza te kwestie, ale za to głośno i konsekwentnie opowiada historię rodzącego się „skażonego” uczucia oraz moralnego zepsucia w bardzo brudnym mieście (komenda jako ostoja sprawiedliwości? ha, ha!).
Powieść Marty nie ma jakieś ekstra oryginalnej fabuły. Ale ma pewien literacki, rzadko stosowany zabieg. Mianowicie autorka nie nazywa bohaterów (o dziwo poza jednym cwaniakiem). I tu jest obawa. Że pozbawieni imion, nie zainteresują czytelnika. Na szczęście są oni „z krwi i kości”, nakreśleni wyraziście, także ci mniej ważni (np. Szef). W połowie książki całkiem przyzwyczajamy się do tego faktu, aczkolwiek gdzieś w głowie zapala się lampka z myślą: „czy w powieści kryminalno-obyczajowej, niebędącej przedstawicielem gatunkowego postapo jak wybitna «Droga» czy «Miasto Ślepców», i do tego debiutanckiej, warto «tak kombinować»”? Otóż po lekturze jestem zdania, że warto. Dzięki temu opowieść staje się uniwersalna, na swój sposób symboliczna. Podkreślająca funkcje i archetypy niczym w komiksowym „Sin City”. Ale nie wszystkim może to się podobać. To zrozumiałe.
Summa summarum wielowątkowy (!) „Detektyw w Brudnym Mieście” zachęca, a nie zniechęca. Do sięgnięcia po kolejną część (która, mam nadzieję, pojawi się niedługo – otwarty finał to często jednocześnie wada i atut, lecz tu przeważa to drugie). Do zmierzenia się ze scenami przerażającymi (jedna z nich powoduje ciary na plecach!), które łagodzone są czarnym, smolistym humorem i dawką śmiałego erotyzmu. I wreszcie do przejrzenia się lustrze w celu odnalezienia blizn własnej duszy.
PS Raport policyjny (bez żadnej literówki i błędu ortograficznego – podobnie jak powieść) wskazuje, że być może Mirowska inspirowała się… sobą, przy tworzeniu bohaterki.

"Detektyw w Brudnym Mieście" (fot. PJ)
Ocena: 7,5/10, choć momentami mocne 8/10!
*Książka ma premierę 4 lutego. Można ją zamawiać na stronie wydawnictwa Novae Res. Będzie też dostępna w księgarniach.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję