Ja nie czytałem. Nadrobię książkę wkrótce, zachęcony tym, co ujrzałem w serialu. Dlatego tu nie będzie szczegółowych, częstych porównań z literackim pierwowzorem. Będzie natomiast próba namówienia chociaż siedmiu widzów (niekoniecznie lubiących i kojarzących ów świat, to nie wymóg), aby poświęcili swój cenny czas (a dokładniej ponad 3 godziny) na obejrzenie całości.

Kadr z serialu „Rycerz siedmiu królestw” (materiały prasowe/Photograph by Steffan Hill/HBO)

Kadr z serialu „Rycerz siedmiu królestw” (materiały prasowe/Photograph by Steffan Hill/HBO)
Jedna z pierwszych scen sugeruje, że mamy do czynienia z wulgarną komedią osadzoną w przypominającym średniowiecze Westeros. Oto bowiem niejaki Dunk wypróżnia się za drzewem w pozycji wyglądającej na skłonienie się lordowi. Nie wiadomo, czego się najadł, ale wyraźnie czuć (dosłownie), że żołądek zaprotestował. Lecz nie! To nie parodia. Później Dunk bierze do ręki miecz i macha nim jak „chorągiewką”. Chłop silny jest jak dąb, lecz podobno „głupi/gruby jak mur zamkowy” (wybaczcie jak coś przekręciłem, znalazłem owo określenie/przydomek na Wikicytatach). Albo inaczej, użyję polskiego przysłowia: „wysoki jak brzoza, głupi niczym koza”. Obserwując jednak jego dalsze poczynania, nie byłbym skłonny do nazwania go totalnym głąbem. Raczej poczciwcem, wierzącym, że prawy rycerz (nawet ten wędrowny) powinien zawsze bronić niewinnych. Lecz czy sama przysięga wystarczy, aby każdy stał się kimś takim? Czy on jest już kimś takim? Widzimy moment, kiedy kopie grób Arlanowi z Pennytree. Ale jeszcze nie jesteśmy przekonani, czy doszło do pasowania. Oj, chyba czeka go długo droga, zanim dojrzeje do tej roli. Oj, chyba to nie będzie tylko przygodowy i przyjemny serial.
Od tej pory bohater rusza przed siebie bez starszego mentora, którego szanował, ale który do najsympatyczniejszych nie należał. I może podróżowałby samotnie (tzn. w towarzystwie trzech koni), gdyby nie napotkany w zagrodzie przy gospodzie chłopiec. Łysiutki jak kolano. Niewrośnięty. Za to nad wyraz wygadany i oczytany. Przedstawia się imieniem Jajo. I ma jedno marzenie – zostać giermkiem. Dunk ma inne – zapisać się na turniej w niedalekim Ashford, a nie niańczyć młodego pomocnika. Ale ich losy i tak się skrzyżują… Co nie oznacza, że nastąpi od razu przyjaźń, która na pewno przetrwa i że można odetchnąć z ulgą. Wszak to świat Martina. Ci, którzy czytali lub pamiętają serialową adaptację sagi „Pieśni lodu i ognia”, są czujni. Inni mogą nie zdawać sobie sprawy, że tym dobrym dzieje się zazwyczaj największa krzywda… Kiedy do Ashford wjeżdżają książęta o blond włosach, to już trzeba się modlić i powtarzać znane powiedzenie: „bogowie zawsze rzucają monetą, gdy rodzi się Ród Targaryen”. Przy Aerionie, zwanym Aerionem Jasnym Płomieniem, ale też Aerionem Potwornym, „zaspali”. Ty nie śpij, zbudź się z koszmaru, lecz z przerażającym zdaniem w głowie, że „Ten, kto tańczy ze smokami, musi się liczyć z tym, że spłonie”.

Kadr z serialu „Rycerz siedmiu królestw” (materiały prasowe/Photograph by Steffan Hill/HBO)

Kadr z serialu „Rycerz siedmiu królestw” (materiały prasowe/Photograph by Steffan Hill/HBO)
Nic więcej na temat fabuły nie zdradzę. Jeśli Ty, tak jak ja, nie znasz materiału źródłowego, tym lepiej. Wchodzisz tu z czystą kartą. I dziwisz się, że prawie wszystkie odcinki mają po 30 minut. Tak skonstruowane, aby tworzyć zamknięte opowieści w ramach jednej lokacji (potężny cliffhanger burzy ten porządek). Ile dodano? Nie mam pojęcia. Wierzę za to, że Ira Parker – amerykański showrunner tej adaptacji, uczynił wiele, aby zadowolić zarówno „świeżaków” z pospólstwa, jak i doświadczonych lordów, tj. miłośników prozy Martina. Parker pracował wcześniej przy 3. serii raczej nieznanego serialu „Ostatni okręt” (jeden ze scenarzystów). Ale „nadzorował” też, choć w innej roli (współproducenta wykonawczego), 1. sezon „Rodu Smoka”. „Rycerz siedmiu królestw” to jego duży/mały debiut. Miniserial, który z czasem przeobrazi się w… (podobno) kilkanaście sezonów. A niech kręcą! Niech Ira robi swoje, gdyż dzięki niemu działa tutaj niemal wszystko. No może oprócz pomysłu, aby pewna retrospekcja „zakryła szmatką krwiste mięcho”. Ważna, ciekawie budująca bohatera, kreatywnie wmontowana, lecz za długa w stosunku do reszty (mowa o piątym, emocjonalnym odcinku, w którym widza boli każda część ciała, a perspektywa z oczu pozwala na większą immersję i odczucie strachu).
Mimo ograniczeń budżetowych (¼ tego, czym dysponował „Ród smoka”, 6 lub nieco więcej mln dolarów za epizod), nie ma sztuczności, jaką prezentował „Wiedźmin” od Netflixa. Tu nic nie kuleje. Stacja HBO zatrudnia utalentowanych, wiedzących, co chcą osiągnąć, ludzi. Kostiumy wyglądają na zużyte. Wnętrza komnat są oświetlone realistycznie, a rekwizyty nie przyniesiono z teatru. Jest błoto, brud, smród i ropiejące rany. Realizatorskie szwy nie pękają. Żadnego fałszu. Wsiąkamy w tę rzeczywistość tak samo, jak za najlepszych lat „Gry o tron”, gdzie worldbuilding jest na wysokim poziomie, a klimat oddany doskonale.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję
