(Altao.pl) Cześć! Jak tam Twoje samopoczucie?
Filip Zaręba: W porządku. Spędziłem bardzo niedawno miły weekend we Wrocławiu, graliśmy „Pieśni piekarzy polskich” w Capitolu. Grałem bez próby wznowieniowej, bo musiałem w piątek i w sobotę być rano w Warszawie na próbach, więc dziękujemy Intercity za to, że dowiozło mnie szczęśliwie i mogłem zagrać spektakle. Jestem oczywiście padnięty i niewyspany, ale robię to, co kocham, więc moja dopamina jest uzupełniona. Wyśpię się może za kolejny tydzień. (śmiech)

Filipa Zaręba (źródło: agencjagramy.pl/fot. Sławomir Bęben)
(Altao.pl) Zacznijmy od „rzeczy” bardziej poważnych. Twoim debiutem, ale tym teatralnym był udział w spektaklu w TR Warszawa (przyp. red. Teatr Rozmaitości). Tytuł – wspomniany już przez nas – „Trzask Prask” sugeruje, że to może coś lekkiego, a tymczasem jest to opowieść o młodych osobach, które borykają się m.in. z uzależnieniem od narkotyków, mediów społecznooświatowych i własną „pękającą” psychiką. Czy wcielanie się w jedną z takich postaci przed publicznością jest trudniejsze niż występ w komedii na małym lub dużym ekranie? Jak dziś wspominasz to aktorskie wyzwanie jako absolwent Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie?
Filip Zaręba: Rola bohatera w „Trzask Prask” to oczywiście wyzwanie. Wymaga wzniesienia się na pewien wyższy diapazon emocjonalny niż w przypadku zadań powierzonych mi w filmie i w serialu. Moja postać w spektaklu jest dla mnie opowieścią o człowieku, który już nie jest w stanie dłużej romantyzować swojego cierpienia i przygrywa walkę ze strachami, które uniemożliwiają mu odbicie się od dna i pokonanie depresji. Myślę, że nie byłem nigdy w aż tak skrajnej sytuacji, ale wielokrotnie zdarzało mi się czuć stan przygnębienia, z którego wyjście nie jest łatwe. Stan zatapiania się w sobie, w swojej niemocy i w swoim marazmie. Prawda jest taka, że Ciągle na różnych poziomach, znienacka, pęka nam psychika i musimy sami szukać rzeczy, które ją będą sklejać. Musimy więc stoczyć walkę. To najtrudniejsza walka, z samym sobą, z tą częścią ciebie, która nie ma wiary w lepszy scenariusz następnego dnia.
W przypadku „1670” i „LARP” też moi bohaterowie staczali walkę ze sobą, ale w obliczu silnych ojcowskich charakterów, w których cieniu się znajdują. Musieli zdobyć się na odwagę, by pokazać im, że są, jacy są i nigdy nie będą tacy, jak oni by chcieli, żeby ich synowie byli. Mimo tego, że paradoksalnie i Sergiusz, i Stanisław mają mnóstwo wspólnych cech ze swoich ojców.
W AST Kraków więcej czasu spędziłem na deskach teatralnych, więc patrząc na doświadczenie byłem bardziej przygotowany do roli w teatrze. Poza tym spektakl ciągle powstaje, z każdym kolejnym graniem coś w tej postaci zmieniam, jest taka w jakiej, ja jestem dziś kondycji. Dzięki temu nie biczuje się, jak coś nie pójdzie, bo wiem, że zagram to znowu. Rola w filmie i w serialu była mniej wymagająca emocjonalnie, jednak jest puzzlami najlepszych dubli i przez to w jakiś sposób jest już zrobiona, zafiksowana, nie można w niej nic zmienić.
(Altao.pl) Zanim pogadamy o tych „zabawnych” rolach, najpierw jeszcze pytanie o miejsce pochodzenia. Podobno jesteś bardzo z nim związany i tam kręciłeś swoje autorskie filmy już w liceum. Czy możesz pochwalić się, jakie to były projekty i co jeszcze w tym Busku-Zdroju wyczyniasz?
Filip Zaręba: No cóż, Busko-Zdrój to moje miejsce na ziemi. Czas mojego całego dzieciństwa, które dalej tam trwa. Kiedy przyjeżdżam, czas się zatrzymuje, a ja czuję się, jakbym miał wciąż 17 lat. Nakręciłem w Busku dwa filmy pełnometrażowe. Najpierw był to dramat wojenny, a później eklektyczny komedio-dramat składający się z mariażu różnych gatunków o młodych pogubionych ludziach. Można go obejrzeć na YouTube. Nazywa się „Cyrkonia”. To opowieść o młodym człowieku, który próbuje zrobić coś ze swoim życiem, ale okoliczności nie są sprzyjające. Jest to też taki list miłosny do mojego miasta. Kręcę tu teledyski, mam rodzinę, najbliższych przyjaciół. Zamierzam tu inwestować też kiedyś… to jest otworzyć z kumplami knajpę połączoną z termami i studyjnym kinem. Będzie tam wielki taras z widokiem na całą okolice. A w tym roku spełnia się moje marzenie – zagranie z przyjaciółmi koncertu na Dniach Buska, czyli takiej bardzo hucznej, najważniejszej lokalnej imprezie festiwalowo/dożynkowej.
źródło: YouTube.com (Standardowa licencja)
(Altao.pl) Jak udało Ci się dostać angaż do serialu „1670”? I jak ujarzmiłeś tremę, skoro miałeś partnerować na planie Bartłomiejowi Topie i zastępować wcześniejszego Stanisława Adamczewskiego (będącego wtedy mniej rozbudowaną postacią) o licu starszego Michała Balickiego? Próbowałeś Michała naśladować czy odmienić nieco charakter tegoż bohatera (na lepsze)?
Filip Zaręba: Dostałem zaproszenie na casting na żywo w związku z niemożliwością wystąpienia Michała w drugim sezonie. Przygotowałem się do niego dobrze. Wygrałem rolę i zaczęła się kolejna potyczka z wielkim filmowym światem, który bardzo mnie tremował, jednak okazał się bardzo rodzinnym i ciepłym miejscem. Wszyscy twórcy „1670” są jak rodzina, która nie przychodzi na plan, jak do pracy, tylko jak do pasjonującej przygody. Scenariusz bardzo zakładał zmianę bohatera, który zaczyna odkrywać, że nie musi podążać ścieżką swojego ojca, nawet jeśli ma tyle z nim wspólnego. Więc moja trema prywatna zgrała się jakoś z tremą Stanisława, który stracił pewność siebie i zrozumiał, że jego męskość nie polega na tym samym co u ojca, tylko na tym co on wybierze za słuszne. Robiłem to po swojemu i takie też dostałem wytyczne od reżyserów. Jednak są pewne elementy które chciałem przemycić. Jak sposób poruszania się w pewnych momentach.
(Altao.pl) Serialowy Stanisław to niemalże „człowiek renesansu”, choć głównie luzak i bawidamek, członek zespołu muzycznego, sprawnie posługujący się lutnią. Czy Ty również masz takie zdolności i lub jakiekolwiek cechy wspólne z owym jegomościem?
Filip Zaręba: Coś tam na pianinku umiem podegrać, coś też na gitarce, ale wirtuozem nie jestem. Za to członkiem zespołu owszem. Kocham śpiewać, bardzo dużo śpiewam. Piszę piosenki i komponuję melodie. Myślę, że mamy dużo cech wspólnych ze Stanisławem, często coś robimy, a dopiero później myślimy o tym i zbieramy za to bęcki, albo jesteśmy szczęściarzami, bo nam się fartnęło. Obydwoje – myślę też – że jesteśmy w jakiś sposób namiętni i uroczo naiwni.

Kadr z drugiego sezonu "1670" (Fot. Netflix/Jarosław Sosiński)
(Altao.pl) „1670” to mockument, satyra ubrana w XVII-wieczne szaty. Jak myślisz, dlaczego serial cieszy się aż takim sukcesem i jest tak chętnie oglądany? Czy widzowie potrzebowali czegoś, co odważnie punktuje przywary Polaków, odnosząc się też do współczesności? Czy Ty sam tego potrzebowałeś?
Filip Zaręba: Myślę, że widzowie generalnie potrzebują odważnych scenariuszy, które podejmą jakieś ryzyko – nie tylko w treści, ale i w formie opowiadania historii. Tu mamy i to, i to. Pewną zabawę kinem w opowiadaniu o mrocznej epoce w dziejach naszego narodu – wyzyskującej ludzi klasowość Rzeczpospolitej szlacheckiej. Myślę, że w dzisiejszych czasach, w których bogaci ludzie finansują pier****** konflikty zbrojne, opowiadanie w poważny i wyniosły sposób jest dla mnie mniej potrzebne niż przemyślana komedia, która zwróci nam widzom radość za te wszelkie smutki w związku z tym, co dzieje się na świecie, ale i z tym co tam się u każdego w życiu dzieje. Ja tego potrzebowałem. Bo to nie tylko komedia, ale i inteligenta opowieść o niepotrzebnych podziałach.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję

