(Altao.pl) Przez lata działałeś jako kompozytor i krytyk. Co musiało się wydarzyć, żebyś sam wyszedł na pierwszy plan jako twórca piosenek?
Tomasz Biernacki: Sądzę, że doszedłem do wniosku, że profesjonalizując swoje młodzieńcze muzyczne pasje i pisząc poważne eseje analityczne, czy też oddając się pracy aranżera, uciekła mi jakaś pierwotna radość z kontaktu z „nieprzewidywalnym” w muzyce – czyli z tym, co mnie fascynowało w muzyce od dziecka i co potem starałem się naukowo zracjonalizować. Dlaczego pewne akordy w jakimś kontekście wzbudzają takie czy inne emocje, jak zmienia się działanie słowa, w zależności od tego w jaką melodię je „ubierzemy”? Wydaje mi się, że to jest też rodzaj pracy poznawczej i to mnie teraz fascynuje. Powrót do prostych, uniwersalnych emocji, obecnych choćby u Schuberta, słowem – mówiąc nieco żartobliwie – więcej psychologii, a mniej muzykologii.

Tomasz Biernacki (fot. materiały promocyjne)
(Altao.pl) Twoja muzyka wyrasta z bardzo różnych światów: od klasyki po piosenkę poetycką. Jak dziś definiujesz swój własny styl?
Tomasz Biernacki: Najlepiej czuję się na przecięciu tych światów. To, co robiło na mnie zawsze ogromne wrażenie to właśnie rozmaite próby flirtowania muzyki estradowej ze światem muzyki historycznej (który jest dlatego atrakcyjny, bo wiążą się z nim ogromne tradycje interpretacyjne, konteksty, znaczenia, zdefiniowane emocje). Pamiętam, jak ogromne wrażenie wywierały na mnie zespoły, takie jak Procol Harum czy Leibach, ale też np. jazzowe aranżacje Bacha autorstwa Jacquesa Loussiera. Stara muzyka przeinterpretowana i przepisana na współczesny język brzmi w moich uszach jakoś bardziej autentycznie, niż ta słuchana z poczuciem nabożności w filharmonii. I paradoksalnie właśnie ten rodzaj „przetwarzania” dawnej muzyki poprzez jej uwspółcześnianie jest bliższy autentycznej tradycji. Zawsze tak było, że kolejne pokolenia manipulowały treściami przekazywanymi im przez przodków i dopasowywały je do współczesnych gustów. Na takich przetworzeniach i manipulacjach jest w sumie oparta większość muzyki średniowiecza i renesansu! Warunkiem jest to, by wejść z tą przeszłością w żywy dialog, nie używać tylko jako trofeum, np. jako statycznego sampla, jak robią to czasem amerykańscy raperzy (dla kontrastu mamy tu francuskiego producenta o pseudonimie Wax Tailor, który umie historycznymi samplami grać, puszczać do nas oko, ożywiać je w cudowny sposób – tak też można!). Chodzi o to, by ożywić przeszłość, a nie traktować jej niczym bursztynowej biżuterii, w którym miałaby sobie tkwić bezpiecznie zastygnąć jak nieznany nam owad.
Z drugiej strony jestem wrażliwy na te wszystkie tradycje muzyczne, gdzie słowo łączy się z dźwiękiem w sposób najściślejszy z możliwych, nie jest tylko „rybką” jak mawia się w żargonie – a więc czymś trzeciorzędnym, jakimś schematem „fire-desire”, czego nawet nie słuchamy i w ogóle nas to nie obchodzi. Mogę więc powiedzieć, że ten „mój styl” to jest ogromne spektrum, z którego na płycie pokazuję tylko bardzo niewielki i specyficzny wycinek.
(Altao.pl) W singlu „Planeta” pojawia się sporo refleksji o technologii i przyszłości – skąd u Ciebie ten temat?
Tomasz Biernacki: To prawda. „Planeta” miała być w ogóle utworem „z innej planety”. I wszystko jest tam trochę inne niż na reszcie płyty. Jest to też piosenka, która miała być próbą melancholijnego futuryzmu – to zresztą kolejna ścieżka, którą mogła by nieco bardziej poeksplorować moja twórczość. W „Planecie” chciałem mówić początkowo o wyzwoleniu, o technologicznej obietnicy ucieczki od naszego ziemskiego świata, w stronę Nieznanego. Ostatnio mogliśmy zresztą oglądać misję Artemis II, będącą częścią projektu eksploracji Księżyca. Ale gdy widzimy te wspaniałe zdjęcia z przestrzeni kosmicznej, to czy nie czujemy jednak jeszcze silniej naszego przywiązania do rodzimej Niebieskiej Planety i zachwytu nad nią, niż ekscytacji biorącej się z możliwości zobaczenia ciemnej strony Księżyca? Nie wiem jak inni, ale ja chyba tak – bardziej chcę zostać niż uciekać. Dla mnie każda wiadomość o postępie technologicznym wiąże się z pytaniem, czy to nas-ludzi w jakiś sposób bezpowrotnie zmieni? Coś niby zyskujemy – wiadomo, ale czy aby też czegoś nie stracimy? Tak jak żyjąc w wielkich miastach zyskujemy wygodę i względne bezpieczeństwo przed siłami natury, ale też tracimy spokój, dławimy instynkty, zmuszamy tego „łowcę-zbieracza”, który w nas jeszcze tkwi, do zachowań, które są mu obce i których instynktownie wcale nie rozumie.

Okładka singla "Planeta" (fot. materiały promocyjne)
(Altao.pl) Mówisz, że „Planeta” to w pewnym sensie utwór o tęsknocie. Za czym dziś najbardziej tęskni człowiek w Twoim odczuciu?
TB: Właśnie! Do tego zmierzam. Wydaje mi się, że człowiek z jednej strony wymyśla te wszystkie cudowne maszyny, ale z drugiej tęskni do świata bez nich. Tak, jakbyśmy chcieli wymyślić wehikuł czasu tylko po to, żeby się cofnąć do momentu, kiedy mamy jeszcze wybór, czy go w ogóle zacząć budować. Uważam, że nasze instynktowne rozumienie technologii jest pełne paradoksów. Zacząłem sobie wyobrażać człowieka, który zaczyna angażować coraz więcej energii i środków po to, żeby zatrzymać jakieś strzępy szczęścia, minione chwile, przeżyć znów pierwsze zachwyty i olśnienia. Wszyscy fantazjujemy o szczęśliwej przyszłości, ale nie wiem czy wielu z nas nie marzy raczej o szczęśliwej przeszłości. I myślę, że za tym generalnie tęskni współczesny człowiek – za życiem, do którego jest ewolucyjnie przystosowany. Stanie w korkach w smogu i stresowanie się liniami wykresów kursów akcji z pewnością do tego pierwotnego życia nie należy.
(Altao.pl) „Planeta” to chyba najbardziej „popowy” moment na płycie. Czy traktujesz ten utwór jako ukłon w stronę szerszej publiczności, czy raczej jako grę z konwencją?
TB: Ja w ogóle nie wizualizuję sobie czegoś takiego jak „szeroka publiczność”. Wiele osób w różnych branżach zajętych jest badaniem, co też ludzie dziś lubią, żeby dokładnie to im dostarczyć. Oczywiście, jeśli chodzi o towar typu „lodówka”, to można tę strategię nawet pochwalić (choć jak się okazuje, to wcale tak nie działa i w takich latach 50. lodówki były i ładniejsze, i praktyczniejsze). Ale jeśli chodzi o świat sztuki czy szerzej – idei, to sprawa robi się bardziej skomplikowana. Powinniśmy wymyślać idee, a nie je kopiować, tylko po to, żeby sprzedać więcej biletów na stadiony, czy zgromadzić więcej osób na wiecach. Nie umniejszam roli przeżycia zbiorowego w takich sytuacjach – ono też jest ewolucyjnie potrzebne, ale mnie pociąga bardziej rozmowa z pojedynczym człowiekiem. To widać choćby w sytuacjach, gdy pracuję z orkiestrą – często wtedy podchodzę do pojedynczych muzyków, by wejść z nimi w dialog, nie lubię przemawiać ex cathedra do jakiegoś „ogółu”. To można zostawić politykom. Sztuka jest dla mnie zawsze rozmową z pojedynczym człowiekiem. W tym sensie „Planeta” jest oczywiście grą z konwencją, a ja zresztą bardzo takie gry lubię.

Tomasz Biernacki (fot. materiały promocyjne)
(Altao.pl) W Twojej twórczości ważne są emocje i przekaz – co chciałbyś, żeby słuchacz poczuł po pierwszym przesłuchaniu „Planety”?
TB: To prawda. Czasem wydaje mi się, że ja wręcz komponuję bardziej emocje, a nie dźwięki. Takie podejście wydaje mi się bardzo atrakcyjne, bo otwiera mnie na to, o czym wspomniałem na początku – na irracjonalny charakter przeżycia muzycznego. I w zasadzie nie powinienem niczego od słuchacza „chcieć”, szczególnie już po wysłuchaniu. Jeśli czegoś bym sobie mógł życzyć, to o nastawienie „przed” lub „w trakcie” słuchania. Bo żeby wejść w świat mojej płyty, trzeba mu najpierw trochę uwierzyć i przyznać mu carte blanche na to, co on chce powiedzieć. I myślę, że warto udzielić mu takiego kredytu zaufania przez zawieszenie swojego dotychczasowego gustu i muzycznych upodobań, tak jak idąc do kina i oglądając film, pozwalamy się porwać jego twórcom w przedstawiony świat. Ta płyta jest tak stworzona, by dać się jej wciągnąć i odczuć jej specyficzny klimat, nie tylko w warstwie dźwiękowej, ale też lirycznej. Jeśli ktoś na moment zwolni swój bieg przez dopaminowe impulsy i da się porwać na kilka minut spokojnemu nurtowi mojej piosenki, to uznam go za adresata idealnego.
(Altao.pl) „Planeta” zapowiada album „Miraże”. Czego możemy się po nim spodziewać i czy to dla Ciebie początek nowego rozdziału?
TB: Tak, to jest początek czegoś nowego, bo odkryłem cały nowy świat stylistyczny, który odsłonił się przede mną już po nagraniu tej płyty. „Miraże” są głównie akustyczne, stanowią dla mnie punkt wyjścia – chciałem specjalnie zrobić taką akustyczną płytę, bo to jest niczym powrót do korzeni, zmierzenie się z jakimś archetypem. Tu nie ma miejsca na żadne efekciarstwo i powierzchowność. Muzyka jest gęsta od harmonii, modulacji, nietypowych meandryczności melodii (które to meandryczności po prostu uwielbiam) – widziałem, że muzycy mieli sporo zabawy, choć też i niepewności mierząc się z tym materiałem. Patrząc na to z dystansu mam poczucie, że wiele rzeczy jest tam bardzo nietypowych i dziwnych, a mnie takie podejście sprawia ogromną radość. Nie ukrywam, że fascynuję się wszystkimi „schyłkowymi” stylami historycznymi – tam, gdzie wchodzi w grę pewien manieryzm, przesyt, wręcz ekscentryzm. Kluczem do rozumienia tej płyty byłoby pewnie posłuchanie jej jak późnorenesansowej „księgi madrygałów” – od pseudo cytatu z tej epoki zresztą specjalnie zaczynam ten krążek, to takie mrugnięcie okiem. Każdy utwór opowiada o pewnej emocji, często przeżywanej w kontekście relacji międzyludzkich, jest więc tu i zazdrość, i tęsknota, ale i nieco stoicyzmu oraz subtelnego humoru. Jest to więc muzyka raczej do świadomego słuchania niż do tańczenia, co oczywiście nie oznacza, że nie nagram kiedyś albumu nawiązującego stylistycznie do energetycznej muzyki tanecznej. Ale jednego jestem pewien – taki album też będzie raczej ekscentryczny.
https://www.facebook.com/profile.php?id=61578817182640
https://www.youtube.com/channel/UCzFbbh0ukybcZWVJBlHTLXQ
https://tomaszbiernacki.art.pl/
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję

