Adaptacji „Odysei” albo chociaż pewnych wątków z niej zaczerpniętych było co najmniej kilka, jeśli nie więcej. Warto odnotować np. „Powrót Odyseusza”. Opowieść przyziemną, pozbawioną pierwiastka magicznego, i jakże kameralną, w której stary i zmęczony bohater mierzy się z demonami przeszłości, a przede wszystkim z wrogami na własnym dworze. Niestety, mimo że ten europejski film „starał się” być realistyczny i miał w obsadzie znakomitego Ralpha Fiennesa, to jakoś tak wiał w nim ledwie wicherek, a nie tornado. Nudno było, biednie, bez napięcia, wiary w miłość bezkresną… Z „Odyseją” Nolana jest niby podobnie. Niby. Bo jednak po seansie widać, że jest ona „bogatsza”.

Kadr z filmu "Odyseja" (fot. Universal Pictures)
Wciąż naturalistyczna, uciekająca od upiększeń, lecz z tysiącami statystów i grubymi milionami wydanymi na realizację (250 mln dol.!). Trwająca prawie 3 godziny. A zatem epicka. I teraz zastanawiacie się, dlaczego to często nadużywane określenie, sam użyłem, ale z mniejszą czcionką. Wyjaśniam: gdyż nie jest na wskroś hollywoodzka jak „Troja” (skądinąd film, który broni się do dziś innymi zaletami). Nie mieści się też do końca w definicji typowego blockbustera. I co istotne – nie odhacza też punkt po punkcie wszystkich wydarzeń z obszernego poematu Homera, jak to robi chociażby (o ile mnie pamięć nie myli) telewizyjna, tania, acz mająca specyficzny urok, adaptacja z 1997 roku w reżyserii Andrieja Konczałowskiego, w której w Odysa wcielał się przekonująco Armand Assante. Uff, co za długie zdanie. Czymże więc jesteś „Odysejo” anno domini 2026?
Przyznam, oryginalny to (s)twór, różniący się od wspomnianej „przygodówki fantasy” Konczałowskiego. Nie dziwota. Wszak oryginalny to również reżyser. Są tu echa jego wcześniejszych dzieł. Sporo z „Dunkierki” (budowanie napięcia dźwiękiem – tonem Sheparda), trochę z „Oppenheimera” (Ulisses jako człek borykający się ze straszną myślą, że to przez niego doszło do zagłady istniejącego świata – porządku, ludzi, rzeczy). Początkowo mogą, choć nie muszą, przeszkadzać, znane bądź nieznane (nowym widzom) „nolanizmy”. Szybkie cięcia, zmiany perspektyw, skakanie po wątkach – pokazywanie czegoś, o czym informuje postać i za moment jakowaś retrospekcja. Paradoksalnie jakoś one działają, nie gubią w czasie i miejscu akcji. Jednak upłynie jeszcze dużo wody w Styksie, zanim film obierze właściwy kurs. Wtedy jest lepiej, w sensie przystępniej, w sensie linearnie, może mniej „artystycznie”, za to nadal kreatywnie. Oto spotykamy bowiem Odyseusza na wyspie u nimfy Kalipso (czarująco „niebezpieczna” Charlize Theron). Bije się z myślami, przypomina to, co było, opowiada… Wyrzuć już ten kwiat lotosu! Nie jedz go!

Kadr z filmu "Odyseja" (fot. Universal Pictures)
Historia to „stara jak świat”. Kojarzona przez większość z nas/was – chyba. Nie będę kontynuował, że dalej dzieje się to i tamto. Najważniejsze – Odys chce (ale czy pragnie z całego serca?) wrócić do Itaki po latach spędzonych na morzu i obcych lądach. Jego wierna, tkająca całun, żona Penelopa i syn Telemach czekają i czekają, lecz nie przestają wierzyć, że mąż i ojciec stanie nareszcie w drzwiach, przekraczając próg rodzinnego domostwa. Gdzie Travis Scott nie rapuje, ale rytm opowieści swoją laską wybija. Rytm poważny, pogrzebowy, podniosły. Tak jest w niemalże każdej scenie. Patos na szczęście nie drażni, a przemowy większe niż życie pasują jak ulał, choć czasami wydaje się, że przed nami stoi pomnik wygłaszający SŁOWA, a nie postać z krwi i kości. Nie wiem, na ile Nolan pozmieniał książkowy pierwowzór, bo czytałem go w szkole, jednakże ze streszczenia oraz jednego z artykułów, wynika, że sporo się zgadza, a część zupełnie nie. Reżyser czyni po swojemu, to, co uważa za słuszne w kontekście fabuły i jej przesłania. Jego Odys to człowiek złamany, niczym weteran z PTSD, a nie sprytny heros płynący w chwale ku zachodowi słońca. Matt Damon dobrze oddaje takie uczucia, aczkolwiek z wyżej wymienionych aktorów, to nie on, tylko inni radzili sobie z taką rolą na tyle świetnie, że pragnęło się za owymi Odyseuszami podążać (czyt. wiosłować). Za Damonem niekoniecznie, mimo że gra te skrzypce na smutną melodię.
Nie ma tu jasnych barw. Ten świat skąpany jest w szarości, tudzież niebiesko-pomarańczowych, bladych odcieniach. Żadna to powiastka familijna. To surowe kino drogi z psychologicznym, a nawet… horrorowym zacięciem. Kino nie będące widowiskiem, do jakiego przyzwyczaił nas np. Marvel. Także nie będące jak „Władca Pierścieni”, dzięki któremu gatunek fantasy wskoczył na najwyższy level. „Odyseja” to film o cierpieniu jednostki. Odpowiedzialności za czyny. Śladach wojny na ciele i umyśle. Konfrontacji z tym, co było i z tym, co nadejdzie. Niektóre sceny są żywcem wyjęte z body horroru (Kirke!) albo przynajmniej pokręconego dreszczowca pełną gębą (cyklop Polifem ogrywany jak ksenomorf z „Obcego”, czający się w cieniu swej jaskini, wielki, brzydki, sprowadzony do istoty… też cierpiącej wydawałoby się – trafiony… „casting”). Są jeszcze następne sceny budzące grozę – np. rozmowy w Hadesie, a także te brutalne, ociekające potem i krwią – koń trojański i zdobycie miasta. Rezygnacja z CGI na rzecz efektów praktycznych – to u Nolana standard. Wysadził naprawdę samolot. Zdetonował bombę atomową bez użycia procesora. „Magię” też udało mu się ukazać z pomocą filmowych sztuczek ponad klawiaturą komputera. I w niemal każdej scenie wierzę w nią. Przyprawia mnie o gęsią skórkę, za co bardzo dziękuje.

Kadr z filmu "Odyseja" (fot. Universal Pictures)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję



