Oniryczny, niepokojący, brudny, nostalgiczny klimat tworzą jeszcze zdjęcia Hoyte Van Hoytemy i brzmiąca miejscami tak z grecka muzyka Ludwiga Göranssona. Szwajcar i Szwed już pracowali z Nolanem przy „Oppenheimerze”. Tutaj szczególnie ten drugi (ten pierwszy mógłby „zaszaleć mocniej”) sporo daje od siebie, sprawiając, że wsiąkam w losy Odysa, bojąc się o niego i jego drużynę. Jeśli ścieżka dźwiękowa towarzyszy bohaterom, zagłuszając akcję tylko w wybranych chwilach, i chcę posłuchać całego soundtracku w domu, to znaczy, że owa „tułaczka” warta była trzech godzin i bólu tylnej części ciała.
Mniej dziękuje za decyzje castingowe. To jest kilka z nich. Większość błyszczy. Są tu aktorzy, dzięki którym dana postać nie ginie pod ciężarem prostych cech i symboli (Nolan nie umie aż tak w bohaterów, potrafi w charakter wizualny, stąd zawsze był i raczej będzie najpierw reżyserem, a później scenarzystą). Są też tacy, że jak się na nich patrzy, to widzi się kogoś słynnego, kogo grali dawno bądź nie dawno. W pierwszym przypadku mam wyjątkowo na myśli wspaniałą Anne Hathaway (Penelopę smutną, acz śmiałą i nie tracącą nadziei), Samanthę Morton (pojawiająca się na krótko Kirke równie, jak nie wyraźniej, creepy co Alfa w „The Walking Dead”) i zwłaszcza Johna Leguizamo (jego drugoplanowy Eumaeus to ostoja człowieczeństwa, aczkolwiek robi coś, na na co kobieta siedząca obok mnie na sali kinowej westchnęła z przerażenia). Leguizamo nie przypomina 65-letniego Kolumbijczyka, to najlepsza jego rola w karierze. A Pattinson? Robert Pattinson mógłby mieć niewielki epizod, a wyciągnąłby maksimum. Tutaj to zuchwały zalotnik Penelopy. Odpychający młodzian. Na drugim biegunie ktoś, kto mnie wytrąca z immersji - Jon Bernthal. Nie dostrzegałem wojowniczego władcy Menelaosa, tylko Punishera ubranego jak Robin Hood na polowaniu. Kiedy „gada” z Telemachem, to jakby był to trailer kolejnego „Spider-Mana”. Zresztą i sam Tom Holland zachowuje się jak nieporadny Peter Parker. Czasami wypada okej, lecz kiedy Odysowi objawia się Zendaya, mam wrażenie, że tych dwoje (Tom i Zendaya) dostało pracę, bo są parą. Nie jakieś złe kreacje, choć też nie wnoszące „Odyseję” na górę, gdzie ukrywa się Scylla (ta potworzyca wyszła średnio, podobnie jak syreny i ich śpiew).

Kadr z filmu "Odyseja" (fot. Universal Pictures)
„Ej, panie recenzencie, a co z czarną niczym noc Heleną i tym chłopakiem, który kiedyś był dziewczyną, oraz z tym Agamemnonem w zbroi Vadera/Batmana”? Może Was (marudzących) zaskoczę – uważam, że Lupita Nyong’o, Elliot Page i Benny Safdie „ubarwiają tę grobową atmosferę filmu”. Występują minutę albo nieco dłużej, lecz zostaną w mej głowie na zawsze. Siedząca przy stole Helena ze szramą na twarzy i wielkim oczami, w których jest żal. Kluczowy Sinon w dwóch scenach. Agamemnon wchodzący do Troi i namaszczany olejkami. Mogłoby ich, tego nie być, ale jest, są, i cieszy mnie to, a nie dołuje.
„Przecież tu zero Greka. Sama hollywoodzka śmietanka. Inkluzywność – czarnoskóry zalotnik, członek załogi i kompan Odysa o fizjonomii Hindusa. I niezgodności historyczne epoki. I humoru nie ma. Nuda jest. To Cię też nie uwierało”. Spokojnie! Summa summarum „Odyseja” nie zwiastuje końca naszej cywilizacji, choć krytykuje jawnie wszelakie ludobójstwa. „Miesza” po swojemu w wieku brązu, prawda (łodzie, zbroje, budowle itp.). Zaznacza w odpowiedniej rubryce wytyczne promujące różnorodność na ekranie. I bywa „teatralna”, bez dowodów na wielomilionowy budżet – chyba że przełożymy te pieniądze na lokacje, szumiące morze i walkę z falami/sztormem (brak green screena, szkoda że w Polsce pełny format 70 mm w żadnym IMAX-ie nie jest wyświetlany) oraz gażę dla aktorów (ten ostatni aspekt faktycznie dyskusyjny, czy wszędzie musiały być znane twarze?). Ale kurczę pieczone nad ogniem! Jako nie film fantasy klasy A czy nawet B, a namacalna podróż przez piekło, z nutą melancholii, tęsknoty funkcjonuje bardzo dobrze. Jest nerwowe, dziwne, ma duszę. Przed finałowym aktem tak – emocje gdzieś umykały, raz zerknąłem na zegarek. Lecz godzina przed napisami to już „inna bajka”. Wybuch napięcia i przebudzenie się ze snu, z aktorstwem najwyższej próby. Zmęczony, wzruszony, wreszcie, pokonują pokusy i przeszkody, dotarłem do domu.

Kadr z filmu "Odyseja" (fot. Universal Pictures)
Całość jednak nie będzie czymś, co zmieni oblicze kinowych widowisk w rękach następnych reżyserów.
Ocena: 8/10 (naciągam ją jak cięciwę w łuku Odyseusz)
YouTube.com (Standardowa licencja)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję



