Powyższy wstęp równie dobrze mógłby być podsumowaniem, więc jak chcecie, to możecie ów fragment przeczytać jako ostatni akapit. A wracając do nominowanej do Bookera (kolejny prestiż!) samej powieści, to jest ona… niezwykła. Everett używa barwnego języka, stylizuje tę historię, jakby faktycznie napisał ją w XIX wieku i był uczniem Marka. To spora zaleta. W pierwszym rozdziale jednak jeszcze nie widać oczami wyobraźni, iż autor dokonuje zmian. Że przedstawia odmienną perspektywę (np. postkolonialną). Ale wraz z następnymi stronicami, gdy wyruszamy/uciekamy wspólnie z Jimem z miasteczka Hannibal w stanie Missouri, zauważamy, że nie uczestniczymy w lekkiej przygodzie, a głębiej wchodzimy w jądro ciemności. Nie będę porównywał, które wydarzenia łączą tę książkę z tymi stworzonymi piórem Twaina, który przecież oparł losy niewolnika na prawdziwym życiu Daniela Quarlesa (pracującego dla jego wuja). Pamiętam jak przez mgłę tamte opowieści, gdyż czytałem je w czasach szkolnych. Została mi w głowie uniwersalność, lecz zamiast przekazu, do dziś mam przebłyski, że Tom Sawyer i Huckleberry Finn byli „spoko kumplami”, którzy w tej otaczającej rzeczywistości, byli nad wyraz dojrzałymi, sprytnymi chłopcami. Takimi jednocześnie psocącymi, ale i współczującymi, rozumiejącymi – obserwującymi krzywdzę czarnoskórych (pod)ludzi.

Okładka książki pt. "James" (fot. PJ)
U Everetta Toma nie ma. Jest Huck. Dlatego można słusznie powiedzieć, że „James” to „Przygody Hucka Finna” (z roku 1884), lecz bez, i tego „młodzieżowego pierwiastka”, i mimo wszystko… humoru. Wciąż Finn jest identycznym dzieciakiem, synem pijaka. Ale to nie on, a Jim jest w centrum. Ich podróż nadal fascynuje i nie pozwala „się nudzić”. Uwaga! Trzeba dokonać poprawki w tekście. Im dalej w las (czyt. wiele kilometrów od „domu”), tym robi się niebezpieczniej. Cóż. Wyspa Jacksona nie mogła być wiecznym schronieniem dla tytułowej bohatera, który ma jeden cel – uniknąć sprzedaży właścicielowi ziemskiemu, zbiec i kiedyś ponownie spotkać się z żoną i córką. Jak to będzie możliwe, skoro jest ścigany i grozi mu więcej niż kara chłosty? Spływ tratwą w dół Missisipi okaże się niewielkim utrudnieniem w porównaniu z piętrzącymi się kłopotami na drodze lądowej, szczególnie w ciągi dnia, a nie nocy.
Wartością dodaną jest nowy kontekst. Reinterpretując Twaina Percival umieścił bowiem akcję „swej opowieści” tuż przed wybuchem wojny secesyjnej. Stąd chwilami atmosfera gęstnieje lub się przerzedza, bo gdzieś tam wisi nadzieja na poprawę jutra, choć czy tak naprawdę unioniści chcą uwolnić każdego w kajdanach? Z jednej strony, jakbyśmy czytali scenariusz do filmu „Zniewolony”, z drugiej „słyszeli” echa serialu „Północ-Południe”. Niestety, mimo 330 stron, podziale na trzy części i licznym rozdziałom, pisarz się… spieszy. Mini-wątki, choć ważne fabularnie, nie są aż tak rozwinięte. Postacie pojawiają się, aby na kolejnej stronie zniknąć. Napędzają Jima do „stania się Jamesem”. Są katalizatorem, powodem do dalszego działania, nie poddawania się, parcia na przód. Lecz szkoda, że nie przyglądamy się im bliżej. Bo to ludzie charakterni i charakterystyczni, rzadko „praworządni”. Książę i Król, Sędzia, Norman – „czarny” o jasnej cerze i inni.

Ilustracja wygenerowane przez AI

Kadr z filmu "Zniewolony" (materiały prasowe)
Autor wykreował tutaj świat wręcz namacalny. Realistyczny, zepsuty, brzydki, ale w którym jest miejsce na przyjaźń lub chociaż drobne zaufanie. James krwawi – czytelnika też boli owa rana. James jest zmęczony – czytelnikowi leci pot po plecach. Krytyka społeczna, a przede wszystkim ukazanie niewolnictwa jako czegoś złego, jakoś wybrzmiewa. A pomaga w tym właśnie Jim w roli narratora. Udaje „głupiego”. Umie czytać (nie byle jakie księgi). Ba! Pisać również. Ale jednocześnie mówi proste, stereotypowe „psze pana” (w obecności białych albo białego). Ciekawe są tu jego sny, gdzie prowadzi wyszukane dyskusje ze znanym filozofem. John Locke był człowiekiem sprzeczności, co bohater mu wytyka. Niby głosił teorie o wolności i równości, lecz usprawiedliwiał okrutny system.
Jim z farmy jest głosem wszystkich niewolników. Mężczyzn i kobiet podporządkowanych, uciemiężonych. Dzięki wydaniu tej książki w latach 20. XXI wieku, możemy prześledzić ten „wstydliwy” (co za eufemizm!), często przemilczany temat. Może i Everett nie oddaje tego horroru – handlu ludźmi, z całą bezwzględną brutalnością i psychologicznymi skutkami rasizmu, z tak ogromną siłą, jak czynili to inni pisarze. Lecz potrafi polemizować z klasyką, rysując portret psychologiczny protagonisty pragnącego być Człowiekiem! Za jakim chcemy podążać i kibicować w tej dramatycznej odysei, jej krótkich przystankach.
Brakuje większego oddechu, szerszych „planów”. Nie obraziłbym się, gdyby książka była nieco grubsza i jeszcze bardziej mroczna w założeniu. Jednakże, kiedy nadchodzi finał, czuję pewnego rodzaju ulgę, spełnienie i satysfakcję.
Ocena: 8/10
*Recenzja pojawiła się również na portalu literackim Atrament.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję