
Oko w oko ze śmiercią staniesz, o mały włos, ale jednak. Zapuścisz korzenie, choć to nie zwykli sąsiedzi. To istoty z samego diyu – chińskiego piekła. Nie uciekniesz. Dwie legendy o głodnej ziemi wysłuchasz; co się wydarzyło tamten raz w Kentingu na Tajwanie odkryjesz; Pan Prawie Że zaprowadzi Cię na Górę Małp przez Las Noży, a na koniec zjesz mnie i wypijesz. Leć już więc, ale o drogę nie pytaj…
Co ten Han „gada”. Od tej pracy – rozwożenia mrożonek z miejscowej knajpki to chyba coś mu się w głowie pomieszało. I ta maślane oczy do córki właściciela. Aż wujaszkiem zaczęli go nazywać, co budził się żyw, i umierał. Sądzony przez króla Yamę, spoglądał to na Człowieka Konia, to na Człowieka Krowę. Interes rozkręcał. W światku przestępczym renomę sobie wyrabiał…
Tym bardziej szkoda, że po pierwszym opowiadaniu, intrygujący, magnetyczny, sławny wśród przestępców i demonów, Han działający głównie solo, gdzieś znika. Aleksandra Bednarska nieco gubi „rytm”, jakby nie mogła się zdecydować, czym ma być jej książka, dla kogo i po co. Jeżeli dla czytelnika, który w od dawna porusza się po Sinosferze, czyli wschodnioazjatyckiej strefie kultury, to okej. On nie zgubi się zarówno w ciemnym zaułku, jak i gęstym lesie. Będzie poszukiwał obecności mieszkańców zaświatów z kamerą i mikrofonem w ręku, nadając na żywo, ku zadowoleniu – żądnych dreszczyku emocji – amatorskich łowców duchów. Świeżak, który nigdy z takim rodzajem horroru nie miał do czynienia, może, lecz nie musi „dusić się” dymem z tego kadzidełka. Ja skuszony, zjadłem ciastko z wróżbą, aby po chwili poczuć się jak Agnieszka (tak, nie wszyscy bohaterowie to Azjaci) z opowiadania „Dwie Legendy o Głodnej Ziemi” – podróżować w nieznane z romantyczną duszą na ramieniu.
Postacie bez głowy grają w mahjonga, kucharz dodaje do potraw ludzkie palce, chłopak wiruje poza ciałem… Coś tu śmierdzi wujaszku. Coś śmierdzi. Faktycznie, Aleksandra (absolwentka warszawskiej sinologii i studiów azjatyckich, która spędziła trzy lata w Pekinie, a pół roku na Tajwanie) jest głęboko zanurzona w tamtejszych wierzeniach i tzw. miejskich legendach. Kroczenie po kręgach piekła jest dla niej, jak dla nas wycieczka do ciepłych krajów. Nic zatem dziwnego, że w trakcie czytania „Brudnych sprawek wujaszka Hana”, do nozdrzy dostaje się specyficzny zapach – orientalnej kuchni zmieszanej z odorem rozkładających się zwłok. Ale całość (in my opinion) nie działa na poziomie emocjonalno-fabularnym i horrorowym na tyle, aby obgryzać brudne od błota paznokcie, oblizywać zakrwawione palce i wyczekiwać finałowych momentów. Aby serio zostać opętanym.
Zamiast wręczyć więcej wskazówek na temat, co jakiś czas na trochę powracającego, choć bardziej w formie wiadomości, przywołania wywołującego ciarki imienia, Hana (jedyna „mocna” postać do zapamiętania, która prawdopodobnie pociąga za każdy sznurek, rozplątując nić historii), pisarka skupia się przede wszystkim na budowaniu atmosfery gatunku weird fiction? Polski krytyk – Marek Wydmuch tłumaczy, że taka literatura „wprowadza podstępnie zamęt w znany nam świat przez przemycenie do niego na prawach fikcji pierwiastka irracjonalnego – czyni to z zamiarem przestraszenia czytelnika”. I oczywiście, groteski tu nie brakuje, makabry także. Jednak tego zamętu nieco za dużo. Z drugiej strony ciągle jest ten duszny klimat; poczucie, że los spłata okrutne figle, a pechowcy nie będę mieć w życiu łatwo. W powietrzu wisi miecz, który prędzej czy później zetnie głowy. Jest nagroda, będzie i kara. Co jednak ciekawe, bohaterowie dziewięciu opowiadań nie są jakoś specjalnie oszołomieni tym, co ich spotyka. Czy to zemsta zza grobu, czy zauroczenie demonem, czy pomoc nieumarłych – kolejne doświadczenia przyjmowane są przez nich bez krzyku – ot, takie przeznaczenie.
Daleki Wschód to rozległa kraina. Fascynuje swoimi ostrymi smakami. Jej folklor onieśmiela i porywa barwami. „Brudne sprawki wujaszka Hana” powinny być idealną mieszanką tych elementów. Lecz, aby tak się stało, poza kleistą niczym chiński sos, atmosferą i porządnym warsztatem językowym (szczególnie plastycznością opisów), przydałoby się czymś jeszcze zaangażować czytelnika w snute opowieści – np. fabularnymi twistami, lepszym rozłożeniem akcentów, aby ten chętnie śledził poczynania/zmagania skośnookich (choć nie tylko) chłopaków i dziewczyn. Ale są za to kończące opowiadania „piękno-straszne” szare szkice i grafiki, a na ostatnich stronach azjatyckie ciekawostki związane w mitologią. Ogólnie warto!
Ocena: 6,5/10
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję