„Happy End”, mimo optymistycznego tytułu, jest opowieścią, w której większość z 13 piosenek, połączona jest podobnym motywem. Mowa o nieudanym związku z chłopakiem. Niedopasowaniu. Rozstaniu. Bólu. Lecz czy na pewno 13 to pechowa liczba? Może gdzieś będzie jakaś nutka pozytywna, ale nie tylko w sensie muzycznym, a dodatkowo przekazu? Zdradzę, że tak. Tym bardziej że są bonusowe numery, jeden w wersji piano, drugi akustyczny. Jednak po kolei…

Płyta "Happy End" (fot. PJ)
Aria bierze mnie/Was za rękę i wskazuje – „oto początkowy utwór”. Nazywa się tak samo, jak ta wydana pod koniec 2025 roku, płyta. Uzależnia. To żadna przesada. Wpada w ucho (szczególnie catchy refren) i nie daje o sobie zapomnieć. Wszystko się tu zgadza: instrumenty, wokal, tekst. Artystka śpiewa o niestety rozczarowującej, toksycznej wręcz relacji, która nie zmierza do szczęśliwego zakończenia. Jest serio destrukcyjna. „Po co mi kwiaty, to jest tani gest. Twój uśmiech na nic. Najpierw musisz zdać mój test”. Słychać w pewnym, lecz nieco zrezygnowanemu głosie Arii. Cóż. Chłopak/manipulator test oblał, prezentu w postaci albumu „Happy End” nie dostanie. Ten następny raczej też nie…
Wyjechał przecież za miasto. Czy na chwilę? Chyba nie. Aria Martelle w drugim utworze jest jeszcze w większych emocjach. Jej zaplątane myśli nie pozwalają zapomnieć o wspólnych wakacjach z partnerem. „To miało być nasze lato” – nuci. Coś się jednak stało, że nie jest już okej. Że gorące dni będą samotne. Ale dziewczyna „zwariuje”, gdyż wsiądzie na nowy „Rollercoaster” (czyt. zapozna kogoś fajnego). W jednej sekundzie zmieni się życie. Serce będzie jej grać. Wrzuci na luz, czy powie „Bye Bye”?
Podoba mi się, że wraz z kolejnymi piosenkami na tej płycie, wokalistka wspina się na wyższy level. Jak np. w debiutanckim i hitowym singlu z „WAKS-ów”, do którego też powstał teledysk. Całość brzmi popowo, ale tak światowo-popowo. Zachodni styl to dobry plan, aby rozkochać w sobie miliony słuchaczek (choć kto wie, czy wśród nich nie ma płci męskiej, chłopięcej). Aria „krzyczy”: „już się nie spotkamy, będziesz sam sam!”. W ten sposób odcina się od natrętnego „kolegi” z klasy/ze szkoły. Związku zatem nie będzie, ale włącz play, a nadejdą następne utwory. Z każdym „kliknie”.
„Lewa Prawa” ma spoko vibe. Klaszczemy w odpowiednim rytmie, aż zwalnia rzeczywistość. Obok na parkiecie jest bowiem On. Nie puszcza. Zauroczenie jest tu i teraz. Więcej, więcej. Lecz stop! Poranek warto spędzić z… bratem. Tak. W utworze „Szkoda Aury” Arii towarzyszy wokalnie młodszy brat – Wiktor. Ich głosy świetnie się uzupełniają. Jeśli się o tym nie wie, to faktycznie można pomyśleć, że w trakcie płynących lat i dni (czasem „pod prąd”) są dramy, lecz między nią, a wybrankiem serca. Wydaje się jednak, że tutaj chodzi również o dogadywanie się (mimo różnic pokoleniowych) z rodzeństwem. Po co „psuć aurę, dobrze, że jesteś tu”.
A teraz „Tańcz”, a później włączaj „Alarm”, ponieważ to „Koniec”… „Ej, nie! Coo?!”. Spokojnie. To dopiero połowa albumu, gdzie około 30-letnia piosenkarka coraz ciekawiej operuje swoimi umiejętności. Wokal jest zmysłowy, miękki, taki namacalny, niepozbawiony jednak miko-drgań. Sprawia, że nie pamiętamy o tym, co złe. Unosi się pogodna atmosfera, a energia miło przeszywa. Lecz i tak Aria wychodzi stąd, gdyż tworzy się gęsta, dzieląca dwoje ludzie mgła. Ta chwila miała wiecznie trwać, a tu the end. Z głośnika wydobywa się niezbyt wesoły dźwięk. Pojawia się smuteczek w owym dość balladowym kawałku. To niech każdy pójdzie w swoją stronę i już! Proszę, daj mi szansę, przytul… „No sorry”. Milcz i wsłuchaj się, bo oto najlepszy utwór, w którym „słowa tną jak noże”. Uderza w czuły w punkt. Pop-rockowy charakter współgra z tekstem o spaleniu ubrań, niegojących się ranach.
Ostatnimi trzema trackami Martelle udowadnia, że śpiewać potrafi, czysto i ładnie. Nie słychać, że głos ma podrasowany „w kompie” (no może tylko ciut, w kilku sekundach). Czuć, że ma talent i „lokuje go jak trzeba”. Że dalej spełnia marzenia. Kiedy „Bawi się z ogniem” (metafora powracającej relacji z chłopakiem), to na jednym wdechu. Szybsze tempo (dzięki perkusji na pierwszym planie) nie powoduje jednak pogubienia. Ona robi, co chce. Wierzy, że da radę, widzi cel. Finał napawa optymizmem. „Całuje pod jemiołą”. Zaskakuje (autorka przez moment „kusząco” mówi, a nie nuci), Rozgrzewa. Wszak „Miłość roztopi śnieg”, jak w tym świątecznym, popularnym utworze, zamykającym krążek. Wie to Mikołaj. Wiem to ja, pragnący zapętlać album przez najbliższy tydzień, a nawet rok.
Żadnego, za bardzo słodkiego, popowego lukru i nudy. „Happy End” to płyta nagrana z pasją i pazurem. Skoro ja ją polubiłem, to młode słuchaczki powinny być zakochane. Jest energicznie, intymnie i autentycznie – pod względem silnych emocji i słów (jakby to był szczery, bolesny, ale i przynoszący nadzieję oraz ukojenie, list napisany do samej siebie). Wiele piosenek brzmi niczym radiowe hity – nie dziwi, że mają mnóstwo wyświetleń na YouTube. Są one na ogół krótkie, ponad dwuminutowe, ale taki czas wystarcza, aby porównać wrażliwą i odważną Arię (mierzącą się dawniej z hejtem, presją, a nawet… stalkingiem) do Avril Lavigne. Podobno artystka wychowała się na muzyce takich ikon, jak Michael Jackson, Prince i Madonna. To słychać. Cały album przypomina, że istnieje gatunek zwany dream-popem (gdzie trzeba jest melancholijny, eteryczny, a gdzie indziej – lekko „poszarpany”).
To wydawnictwo od e-Muzyka, nie byłoby jednak tak nowoczesne i profesjonalne, gdyby nie – jak wspomniałem na wstępie – pomoc kompozytorów, a także ludzi zajmujących się stroną produkcyjna i techniczną (aranżacjami, masteringiem). I tutaj podziękowania należą się m.in.: Konradowi Jażdzykowi, Jeremiemu Sikorskiemu, Kevinowie Mglejowi i Andrzejowi Jaworskiemu. Wyjawię jeszcze, że w opakowaniu poza płytą, znajduje się książeczka. A w niej zdjęcia przedstawiające Arię w różnych strojach oraz najlepsze cytaty ze wszystkich piosenek.

Płyta "Happy End" (fot. PJ)

Książeczka w opakowaniu płyty "Happy End" (fot. PJ)
Nie zawsze związki z drugim człowiekiem są udane. Ale czy szczęśliwe zakończenia mogą być realne? Warto wierzyć, że tak. Wtedy łatwiej zaufać, podążać wyznaczoną drogą i pożądać kogoś, na kim nam ogromnie zależy. I tymi zdaniami zamykam moją recenzję.
Ocena: 8/10 (dlaczego nie 9 lub 10? bo to jednak nie styl muzyczny i rodzaj damskiego wokalu, które wielbię najbardziej)
PS. Album dostępny jest w popularnych serwisach streamingowych, m.in. w Spotify, oraz w sprzedaży fizycznej w salonach Empik i na oficjalnej stronie ariamartelle.com
PS 2. Ario! Dziękuje za płytę z dedykacją/podpisem dla mnie!
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Altao.pl. Kup licencję